środa, 25 sierpnia 2010

3.

Przestraszyłam się, ale ciekawość wzięła górę. Zerknęłam na dół.
- Jacob? - odłożyłam przybory na kafelki i usiadłam na metalowym ogrodzeniu.
Jacob miał na sobie tylko krótkie, dżinsowe spodenki. Uśmiechał się szeroko.
- Poczekaj, zaraz tam u ciebie będę. Odsuń się. - chciałam już zaprotestować, przecież by coś sobie mógł złamać lub jeszcze gorzej, ale moje ciało mnie niestety nie słuchało. Odsunęłam się aż pod same szklane drzwi.
Po kilku sekundach Jake stał przede mną. Wytarł ręce o spodenki.
- Coś nie tak? Po co tu jesteś? - nie chciałam, żeby to zabrzmiało odpychająco, ale chyba jednak zabrzmiało, bo Jake posmutniał. Chyba.
- No wiesz... Chciałem cię poznać. Jako pierwszy. Ze sfory. Oprócz Sama. - usiadł na metalowej bramce.
Podrapałam się po głowie, nie wiedząc, co powiedzieć.
- Patrz, a ja myślałam, że to Seth będzie pierwszy. - mruknęłam, wywracając oczami.
Zaśmiał się.
- Do Lei bym nigdy tak nie przyszedł, ale ty jesteś inna. I ciebie znam. - uśmiechnął się łobuzersko.
Zmarszczyłam nos.
- Że co? - skrzyżowałam ręce na piersi. Jak to było możliwe, że ja go nie pamiętałam, nie znałam, a on mnie tak?!
Westchnął, zniecierpliwiony tym, że tak mało kojarzę.
- Bawiłem się z tobą. W końcu miałem 6 lat, a ty 2. Nosiłem cię na rękach i te sprawy. - machnął ręką.
Pokiwałam powoli głową.
- Jeszcze przed przeprowadzką, ta? - nie potrzebowałam odpowiedzi. Szybko zabrałam blok i przybory i zniknęłam we wnętrzu pokoju.
- Ej, czekaj! - poszedł za mną i złapał mnie za rękę. Przyjemne ciepło rozlało się po moim ciele, ale nie chciałam go do siebie dopuścić. Odpychałam je jak mogłam.
- Zostaw, no! - próbowałam schować czym prędzej blok pod łóżkiem, ale chytry, mnie wyprzedził.
Oglądał jedyny rysunek, którym byłam ja jako wilk. Obserwowałam uważnie jego twarz. Najpierw był zaskoczony, później się cicho zaśmiał, a na końcu jego twarz wykrzywił grymas podziwu.
- Wow. Ładne. Sam bym tak nie narysował. - zaśmiałam się cicho. Uśmiechnął się szeroko.
- Oddawaj! - zabrałam mu blok, skorzystawszy z okazji, że nie był na nim aż tak skoncentrowany. Uśmiechnęłam się łobuzersko i rzuciłam wszystko pod łóżko.
- No ej! - jęknął, ale się nie spierał. Później usiadł w moim fotelu jak gdyby nigdy nic, wyszczerzając się.
Prychnęłam.
- Wiesz, nie jesteś jednym z najbardziej wychowanych ludzi jakich spotkałam. - warknęłam, wychodząc na balkon.
Poszedł za mną, jak gdyby był moim cieniem. Trochę mnie to wkurzało, ale wiedziałam, że gdybym wdarła się w nim w kłótnie, zaraz stałabym na czterech łapach. Ale nie chciałam się złamać. Nie chciałam znowu słyszeć tych głosów, które przeczesywały mój umysł w poszukiwaniu jakichś kompromitujących mnie faktów. Wiedziałam, że chłopakom nie o to chodzi, ale jakoś ciągle nie mogłam uwierzyć, że słuchają moich myśli z nie własnej woli. Nie mogłam pojąć, jak Leah to wytrzymywała. W końcu dotychczas tylko ona była jedyną dziewczyną w tej całej sforze. Jak kryła się ze swoimi własnymi sekretami? Czy wiedzieli wszystko? Czy może ona specjalnie ukrywała wszystko w sobie?
- Hej, hej! Ziemia do Cass! - zamachał mi wielką ręką przed twarzą.
Pokręciłam głową, próbując się wybudzić.
- Jestem, jestem. - mruknęłam, siadając na barierce. Pomachałam nogami.
Jake usiadł niespodziewanie koło mnie.
- Powiedz, ale szczerze, czemu w ogóle tu przyszedłeś? Z ciekawości? Żeby mnie jakoś pocieszyć? Naprawdę bardziej oczekiwałam Setha, bo jesteśmy w prawie tym samym wieku no i wiesz... On jest taki ciągle radosny. A ty... A ty wydajesz mi się bardziej dojrzalszy. Bardziej przypominasz mi Sama. Może...
- Słuchaj. - przerwał mi. Westchnął i spojrzał w dół. - Po prostu...Wiem, rzadko tak się zachowuję. Nigdy nie przyszedłem do Setha po pierwszej jego przemianie, ani do Brady'ego, ani do Collina... To dlatego, że oni zmieniali się tak jak ja. Zwyczajnie, o ile można to tak nazwać. A ty jesteś...wyjątkowym przypadkiem. Jako jedyna w całej historii plemienia przemiana zajęła ci praktycznie kilkanaście godzin. Wszyscy męczyliśmy się kilka dni. - uśmiechnął się pod nosem, nie patrząc na mnie. - Możliwe, że niedługo znowu nas zaskoczysz. - zachichotał, wskazując na łóżko.
Walnęłam go z całej siły w ramię.
- Jeszcze raz to złamię ci nos. Podobno jestem bardzo silna, więc nie zadzieraj. - pomachałam mu pięścią przed nosem.
Zaśmiał się.
- Spoko spoko. I tak szybko by mi się zagoiło, więc próbuj. - już chciałam naprawdę odpłacić mu pięknym za nadobne, ale szybko zeskoczył na miękką ściółkę i pobiegł w las. Jego śmiech rozszedł się echem.
- No i kto tu jest mięczakiem! Nigdy nie zniżyłabym się do tego, żeby uciekać! - zachichotałam i zrobiłam to samo.
Goniłam go przez chwilę w swojej ludzkiej postaci, po chwili jednak Jacob zmienił się w rdzawobrązowego, ogromnego basiora. Nie czekając długo, zrobiłam to samo. Po moim kręgosłupie przeszła fala ognia, wypełniając mnie całą.
Nim się zorientowałam, biegłam już na czterech łapach.


Wróciłam dopiero wtedy, kiedy zobaczyłam, że niebo przybrało nieprzyjemny odcień czerni, a pierwszy plan wszedł żółty, okrągły księżyc.
Oprócz mnie zmienił się jeszcze Seth, Collin i Paul. Reszta została patrolować okolicę, w razie, gdyby tajemniczy wampir się pojawił.
W drodze do domu bardzo się zamyśliłam. Fajnie byłoby tak stanąć z wampirem twarzą w twarz. Dowiedziałam się, że inni członkowie sfory w ogóle się ich nie boją. Więc ja też pomyślałam, że pewnie jesteśmy tacy silni, że wampiry nie mają z nami szans. Chociaż sami byli też niebezpieczni. Gdybym tak mogła jednemu skręcić kark... Ach, jakież to by było przyjemne uczucie!
Nagle zdałam sobie sprawę, że jestem już w domu i mama coś do mnie mówi z saloniku.
- Mówiłaś coś? - zapytałam grzecznie, siadając obok niej na kanapie.
Uśmiechnęła się szeroko.
- Czy jesteś głodna? I jak tam? Dobrze się czujesz? - uśmiechnęła się, nie odwracając wzroku od telewizora. Zauważyłam, że ogląda CNN. Zawsze lubiła wiedzieć, co dzieje się na świecie.
- Nie, nie jestem. Wezmę sobie tylko jakieś ciastka, żebyś nie musiała mi niczego robić, na wszelki wypadek. - uśmiechnęłam się. - Wszystko okej. Nie musisz się martwić. - pogłaskałam ją po ramieniu. Wstałam szybko i skierowałam się na schody.
- Idziesz się wykąpać?
- Tak, właśnie miałam taki zamiar. Jutro rano patroluję granicę z Jacobem. - odpowiedziałam mamie, kiedy wchodziłam już po schodach.
Mama nic nie odpowiedziała, bo i nie musiała. Wiedziałam, że wszystko okej i że jest ze mnie dumna. Z resztą powtarzała mi to dzisiaj już kilka razy, więc zdążyłam przywyknąć.
Weszłam do pokoju i otworzyłam małą komodę. Wyjęłam swoje krótkie szorty i podkoszulek, co służyło mi za pidżamę, po czym skierowałam się do łazienki obok.
Kiedy nalewałam wody do wanny, przyjrzałam się sobie w lustrze. Nie przypominałam zarośniętej bestii. Z resztą, wyglądałam tak jak jeszcze wczoraj. No, oprócz tego mistycznego tatuażu. Jeszcze raz dzisiejszego dnia powiodłam po nim opuszkiem palca i uśmiechnęłam się.
Byłam wyjątkowa. Jedyna w swoim rodzaju.
Czy nie o tym zawsze marzyłam? Czy nie o tym, żeby być wyjątkową?
Ale nie w taki sposób. Chociaż nie miałam czego zarzucić wilkołactwu, jednak jeszcze nie przywykłam do tego, że zmieniam się w coś innego.
A co z moimi przyjaciółmi? Dawnymi przyjaciółmi? Przecież znałam się z Jessicą od pierwszej klasy szkoły podstawowej! Byłyśmy prawie jak siostry! A teraz nie wiedziałam nawet, czy kiedykolwiek ją zobaczę. Przynajmniej z bliska. Bo może zdarzy się kiedyś, że spojrzę na jej dom wilczymi oczami, schowana wśród drzew.
Nagle poczułam się okropnie w środku. Jakbym kogoś zdradziła. Czy mogłam powiedzieć Jess? Pewnie nie. I tak by mnie nie zrozumiała. Albo uznała za dziwaczkę.
Może i by miała rację.
Weszłam do wanny pełnej wody i zamknęłam oczy, czując w ich kącikach wilgoć.

wtorek, 24 sierpnia 2010

2.

Już na werandzie słyszałam podekscytowane, męskie głosy. Rany, czyżbym była jedyną dziewczyną w tym licznym towarzystwie?! Tego to nie chciałam.
Weszłam do Emily bez pukania, bo zawsze tak robiłam z mamą. Pamiętam Emily i Sama bardzo dobrze, choć tylko od roku. Mama mi też opowiadała, że jako małe dziecko lubiłam z nimi przebywać. Zawsze jednak dziwiła mnie pewna rzecz. Kiedy Sam był w domu, mama lub wcześniej tata, nie chodzili do nich. Kiedy byłam mała, Emily mnie po prostu zabierała, za zgodą Mamy i Taty. Ale od roku też chodziłam do nich samodzielnie, kiedy Sam był. Próbowałam kilka razy podpytać o to mamę, dlaczego go tak nie lubi, ale zaraz zmieniała temat. Było to dla mnie dziwne, ale cóż...
Kiedy weszłam do saloniku połączonego z kuchnią, wszystkie głosy zamlikły. Zaś wszyscy wpatrywali się we mnie.
- Jeny, jakbym była na jakimś przesłuchaniu. - rzuciłam i wywróciłam oczami. Podeszłam do Emily, która się do mnie szczerze uśmiechnęła.
- Tęskniliśmy za Tobą. - przytuliła mnie mocno. Nagle wyczułam znajomą woń.
- Muffinki? - wyszeptałam, uśmiechając się do niej szeroko.
Pokiwała głową i parsknęła śmiechem.
- Pieką się.
- Cassie. - zawołał mnie Sam. Odwróciłam się na pięcie. Wskazał mi krzesło obok siebie. Podeszłam do niego i grzecznie usiadłam.
Dopiero teraz zarejestrowałam twarze innych wilkołaków. Niektórych znałam, np. Setha Clearwatera, bo kiedyś się razem bawiliśmy w piaskownicy, Leę Clearwater, bo to jego starsza siostra i często się z nami bawiła. Ale resztę jakoś mało kojarzyłam.
Za to oni chyba dobrze znali mnie.
- Witamy w sforze. To jest Paul, Jared, Brady, Collin, Seth (widząc rozbrajający uśmiech chłopaka, obdarzyłam go tym samym), Leah (jednak ona raczej za mną nie przepadała. Zdziwiło mnie to, że patrzy na drzwi, jakby miała się zaraz rzucić do ucieczki. Zignorowałam ją), Quil i Jacob. - zapatrzyłam się na tego ostatniego. Ocknąwszy się, pomachałam im.
- No hej. A ja jestem Cassie. - wszyscy się zaśmiali, oprócz mnie.
- Mam nadzieję, że już przyjęłaś do faktu to, że jesteś wilkołakiem? - Sam objął mnie wielkim ramieniem.
Pokiwałam lekko głową.
- Chyba...tak. Wszystko jest nawet takie sobie...spoko. Ale...jak ty mnie słyszałeś i rozmawiałeś ze mną?
Uśmiechnął się.
- To taka cecha. Jako wilki słyszymy wszystkie nasze myśli. Czasami jest to zaleta, czasami wada. - spojrzałam na innych. Pogrążeni byli już w rozmowie. Jedynie wesoły Seth patrzył na mnie. Ciągle się uśmiechał.
- Opowiesz mi coś jeszcze o tych cechach? - dopytywałam się.
- Pewnie. No więc...masz tatuaż, o tu. - złapał moje lewe ramię i wygiął tak, żebym mogła zobaczyć tatuaż o mistycznych, czarnych wzorach, łączących się w kółko.
- Wow. - wyszeptałam, dotykając opuszkiem palca wzory tatuażu.
- Nasza temperatura ciała przypada na 41,42 stopnie. - wybałuszyłam oczy, co go rozbawiło. - Tak już jest, Cass. Hm... No, nie wyglądamy na swój wiek, przez to, że jesteśmy silni i umięśnieni. Dopóki się zmieniamy, nie będziemy się starzeć. Jesteśmy szybcy, a jako wilki możemy osiągnąć prędkość do 300 km/h.
- Skoro ja jestem wilkołakiem, to jakiś wampir musi znajdować się w pobliżu. - zapytałam z zupełnie innego tematu.
- Tak. Niedaleko, w Forks, mieszka rodzina wampirów, bardzo nam przyjazna. Cullenowie. Kiedyś byliśmy wrogami, ale nasze stosunki ociepliły się i teraz możemy na siebie liczyć w razie niebezpieczeństwa. - na stół wjechał talerz muffinek. Emily to mi pierwszej dała jagodowo-waniliowe ciastko, uśmiechając się szeroko. Wzięłam muffinkę w ręce i ugryzłam kawałek.
- Dzięki, jest pyszna. - uśmiechnęłam się do niej szeroko.
- Nie ma sprawy, Kochanie. - rozdała muffinki innym.
- Czemu Cass dostała pierwsza? - pożalił się, chyba Paul.
- Bo ona pierwsza doceniła ich smak. - pokazała mu język Emily. Poszłam za jej przykładem.
- Co do naszej rozmowy... Czy zawsze przemiana i w ogóle przygotowanie do pierwszej przemiany trwa tak krótko? - spytałam.
- Nie, zawsze trwa to jakieś kilka dni, dlatego zdziwił nas twój przypadek. Twoja mama poinformowała nas, że się zaczyna dopiero w nocy, bo strasznie krzyczałaś z bólu. Bardzo ją to zaniepokoiło, nie wiedziała, co się dzieje, chociaż wiedziała o wilkołakach już dawno i o tym, że się nim staniesz. Dopiero po godzinie się zorientowała, że to już czas.
Westchnęłam. Biedna mama.
- Skoro jesteście z tymi Cullenami przyjaciółmi, to czemu ja się zmieniłam? Zagraża nam jakieś niebezpieczeństwo? - spytałam, przegryzając pyszną muffinkę.
- Wczoraj w lesie natknęliśmy się na nieznany trop wampira. Chłopcy go gonili, ale im zwiał do oceanu i od tamtej pory się nie zjawił. Podejrzewamy, że po prostu wyczuł większą rodzinę wampirów, poszperał trochę, a gdy wyczuł nas, od razu uciekł. To nic poważnego, ale jednak coś. - wzruszył ramionami.
- Okej, koniec przesłuchania. - zachichotałam. Wzięłam jeszcze jedną muffinkę, a zostały tylko trzy. Boże, jaki oni mieli apetyt!
Nagle Sam wstał od stołu, podszedł do Emily i mocno ją uścisnął. Czule się pocałowali.
Dopiero gdy przejechałam wzrokiem po twarzach innych, zorientowałam się, że teraz nie Seth mi się przygląda, a Jacob. Uśmiechnął się do mnie pod nosem, a ja delikatnie wykrzywiłam kąciki ust do góry.




Wróciłam do domu koło godziny 13, bo wiedziałam, że mama się o mnie martwi. Weszłam po schodkach do domu i zastałam mamę zmywającą naczynia. Po Billym nie było śladu.
- Cześć. - szepnęłam i nagle przypomniałam sobie, jak zachowałam się rano. Było mi okropnie głupio.
Mama spojrzała na mnie i uśmiechnęła się. Podeszła do mnie i delikatnie mnie uścisnęla.
Za to ja wtuliłam się w nią jak mała dziewczynka.
Nagle mama poluźniła swój uścisk i zaczęła kaszleć.
- Kochanie... ty... dusisz...! - natychmiast się od niej oderwałam. Westchnęłam i zachichotałam jednocześnie.
- Przepraszam. Zapomniałam. - mruknęłam tylko z uśmiechem.
Mama zachichotała i powróciła do swojego zajęcia.
- I co? Sam ci wszystko wytłumaczył?
- Tsa... Wszystko to dziwne, ale znośne. Chyba. A Emily upiekła ciastka. A wiesz, kto jest w sforze? Oprócz nieznanych mi chłopaków, jest Leah i Seth Clearwaterowie. - usiadłam na krześle.
- Oo, to przynajmniej masz z kim pogadać w swoim wieku. Ale Leah podobno bardzo się zmieniła i jest teraz oschła, niemiła, ciągle zła. - dodała.
- Tak, widziałam. - przypomniał mi się wzrok Lei skierowany na drzwi. - Brady i Collin też są młodzi. Wyglądają na góra 14 lat. Może mają nawet mniej. - wzruszyłam ramionami.
- Kotku, jeśli teraz będziesz coś chciała ode mnie, mów mi. Jeżeli najdzie cię potrzeba wybiegania się, rozluźnienia - nic się nie martw, od razu idź i nie musisz nic mówić, ja zrozumiem. Billy mi wszystko opowiedział, jako członek starszyzny plemienia. Jego syn, Jacob, też przez to przechodził. Ale u niego trwało to wszystko kilka dni...dlatego, córciu, masz jeszcze większe prawo częściej się wściekać...I nie chcę, żebyś później miała wyrzuty sumienia, bo to przecież nie twoja wina. A ja to wszystko doskonale rozumiem...
- Mamo. - przerwałam jej monolog. Westchnęłam. - Jak się wścieknę, to po prostu wybiegnę na dwór i się przemienię, proste. Ale ty mi mów, jak coś będzie nie tak. Jak cię czymś zranię, okej?
Oderwała się od naczyń i podeszła do mnie. Złapała mnie za rękę.
- Kochanie, przecież wiesz. Mówimy sobie wszystko. Mamy tylko siebie. - uśmiechnęła się do mnie i delikatnie mnie przytuliła. Ja postanowiłam nic nie robić.
- Kocham cię mamo. - szepnęłam w jej gęste, brązowe włosy.
- Ja ciebie też, córciu. - przytulała mnie chwilę, po czym znów zabrała się za brudne naczynia.
Westchnęłam i pobiegłam na górę, do mojego pokoju. Przeszukałam zawartość dwóch szafek w zasięgu mojego wzroku, i wreszcie znalazłam. Mały blok rysunkowy, kilka ołówków, gumka. Zabrałam te wszystkie rzeczy na mój mały balkonik, z którego widać bylo las i niebo. Usiadłam na rozkładanym krześle, wyciągając nogi i zaczęłam rysować.
Po godzinie miałam już wilczy łeb skierowany w stronę księżyca w pełni, później były łapy, tułów...
- No, to teraz lustro mi zbędne. - uśmiechnęłam się do swojego "dzieła".
Na dole usłyszałam czyjś cichy śmiech...
_________________________________________________________________________________
No i macie drugi rozdział, chociaż nie wiem, po co go piszę...:< jest tylko jeden obserwator! Ludzie, proszę was! :< Mam nadzieję, że niedługo ta liczba się diametralnie zmieni.

Pozdr. ;*

1.

Wstałam wcześnie, za wcześnie. Otworzywszy powieki, od razu ogarnęło mnie światło, za jasne jak na moje biedne, opuchnięte oczy. Nie chciało mi się wstawać, bo od razu gdy podniosłam głowę, poczułam ostry ból. Jęknęłam cicho, łapiąc się za skronie, a do mojego pokoju wparowała mama.
- Boże, Słonko... - rzuciła się od razu do mnie z zimnym okładem. Skąd ona...? Jak...? Nie miałam siły zadawać pytań, nie miałam siły o nich myśleć. Jedyne, co przyjmował mój mózg, to to, że wszystko mnie niemiłosiernie bolało. I było mi tak... gorąco, duszno, parno.
- Mamuś, otwórz okno... - wyszeptałam ochryple, jakbym miała jakąś gulę w gardle. Przełknęłam ślinę, ale jednakże nic to nie dało. Zerknęłam na zegarek naprzeciwko mnie. Było już pięć po ósmej, dawno powinnam być w szkole. Cała się garnęłam, żeby wstać, ale mama mnie powstrzymała.
- Kochanie, nie idziesz do szkoły... - wyszeptała płaczliwie, jakby zaraz mi się miała tu rozkleić. Błagam, tylko nie to. Nienawidziłam widzieć, jak płacze. To było takie... takie straszne.
- Mamo, co mi jest? - byłam coraz bardziej zdezorientowana i zdenerwowana. No pięknie, dzisiaj miałam sprawdzian z chemii! I co? Pewnie Simons postawi mi jedynkę. Jak zawsze z resztą.
Mama pokręciła głową i pogłaskała mnie po głowie.
- Nic takiego, kotku. To niedługo się skończy. - nagle usłyszałam, jak drzwi wejściowe kilka razy się otwierają, jakby wchodziło kilka osób. Mama zerknęła na drzwi mojego pokoju. - Poczekaj chwilę i nie martw się. - to powiedziawszy, zostawiła mnie samą w łóżku i pobiegła na dół. Próbowałam coś usłyszeć, ale głosy z zewnątrz zagłuszało szalone bicie mojego serca.
Przymknęłam powieki, jakby myśląc, że nadal śnię i zaraz się wybudzę. Niestety, tak nie miało się stać.
Ostatnio chorowałam, gdy skończyłam 10 lat. Na ospę. Ale wtedy nie było aż tak cholernie źle jak teraz.
Dosłownie płonęłam. Głowa mi okropnie pękała. Chciałam stąd uciec, czułam się jakby przykuta do tego łóżka. Warknęłam cicho, lekko zirytowana i poddenerwowana. Łapiąc okład w dwie ręce, ostrożnie postawiłam nogi na dywanie. Okej, mogę wstać. Jakiś sukces. Przeszłam kilka kroków do drzwi. Okej, mogę chodzić. Jest całkiem dobrze.
Wyszłam z pokoju, aby dojść do schodów i zejść na dół. Ciekawość wzięła górę nad rozsądkiem i chciałam koniecznie sprawdzić, kto się u nas zjawił. Ostatnio rzadko mieliśmy gości.
Zeszłam ostrożnie w piżamie po schodach i ujrzałam siedzącą na kanapię mamę, która rozmawiała z... z Billym Blackiem. Nie znałam go zbyt dobrze, ale mama mi mówiła, że był to dobry kolega taty. Sama rzadko też z nim rozmawiała.
- Mamo? - wychrypiałam.
- Córeczko, miałaś nie schodzić. - mama do mnie podbiegła, kończąc brutalnie przyciszoną rozmowę z Billym.
- Lepiej mi. - wyszeptałam.
- Ale lepiej by było, gdybyś została na górze. - obstawiała przy swoim.
Strasznie mnie zdenerwowała. Warknęłam przeciągle i odtrąciłam jej ręce. Poczułam, jak cała się gotuję, wręcz parzę. Po moim kręgosłupie przelał się dreszcz, coraz nachalniejszy. Zaczęły trzęść mi się dłonie.
- Boże, Billy! Cass! - mama spanikowała. Odsunęła się ode mnie i podeszła do kanapy.
Zaraz miałam wybuchnąć gniewem. Ale żeby własna matka się mnie tak bała?!
- Mamo! - szepnęłam, bojąc się. Co ze mną było?!
- Wyjdż na dwór! - nakazał mi opanowany Billy.
No nie, żeby jakiś stary dziad mi mówił, co mam robić?!
Ale wybiegłam. Wybiegłam z domu i rzuciłam się biegiem w las. Wszystko mi wirowało przed oczami, wszystko się rozmazywało, jakbym biegła ponad 100 km/h. Nagle przypomniałam sobie wzrok mamy i coś we mnie pękło. Znowu zaczęły trzęść mi się dłonie, a po kręgosłupie przeszedł gorący dreszcz. I nim się zorientowałam, stało się coś dziwnego.
Biegłam teraz szybciej, znacznie szybciej. Ale nie byłam w swoim ciele. Spojrzałam w dół i mnie zamurowało. Czy to były... wilcze łapy?!
Bałam się, tak się bałam i najgorsze - nie miałam pojęcia, czym się stałam.
Cassie? Cassie, nie bój się...
Co?! I jeszcze do tego słyszałam głosy?! No pięknie, zwariowałam.
Nagle usłyszałam cichutki śmiech w głębi swojej głowy.
Nie zwariowałaś, to jest pewnie. Nie bój się, Cassie. To ja, Sam Uley. Pamiętasz mnie?
No, pamiętam. Ale czemu jesteś w mojej głowie?!
No nie, sama nie wierzyłam, że z nim gadam. Czy to jakaś telepatia?!
Jesteś wilkołakiem, Cass. Pamiętasz nasze legendy? Te, które Harry opowiadał ci na dobranoc?
Były to bolesne wspomnienia, ale dokładnie pamiętałam tamte wieczory, co do słowa.
Wilkołaki? Coś sobie przypominam...kiedy w pobliżu znajdowali się Zimni Ludzie, członkowie plemienia Quilette zamieniali się w ogromne basiory. To ta legenda?
Dokładnie ta. Jesteś bardzo spostrzegawcza. Rozumiesz teraz, co się z tobą dzieje?
Powoli wszystko nabierało sensu. Tata też był wilkołakiem. Należał do plemienia Quilette. Więc ja, jako jego jedyna córka, też musiałam kiedyś nim zostać.
Czyli jestem wilkołakiem tak?
Tak, dokładnie. Nie jesteś jedyna, nie bój się. Jest nas 10-cioro. Wiesz, gdzie mieszka Emily, prawda?
Pewnie, wiem. Jeszcze nie zapomniałam jak mi robiła pyszne muffinki.
Sam się zaśmiał.
Czekamy tam na ciebie. Potrafisz się przemienić?
I wtedy spanikowałam. A co, jak nie? Czy na zawsze zostanę w ciele białego jak śnieg wilka? Zaczęłam nierówno oddychać i zaryłam pazurami w ziemi, aby się zatrzymać.
Dasz radę, jesteś dzielna. Musisz tylko pomyśleć o tym, że chcesz się przemienić w człowieka. Czasem się wprawisz, to jest jak jeżdżenie na rowerze. A tak w ogóle...Emily zostawiła rzeczy dla ciebie kilka metrów w głąb lasu od jej domu. Jak do nas przyjdziesz, dostaniesz rzemyk.
Ubrania? Rzemyk?
W czasie, gdy się przemieniasz, rozrywasz wszystko to, co masz na sobie, na strzępki.
Okej, to ja biegnę do Emily.
Czekamy na Ciebie. I pamiętaj - nie jesteś sama. Wszyscy przez to przeszliśmy i wszyscy byliśmy zdezorientowani tak samo, jak ty.
Nagle przed oczami stanął mi czarny jak smoła wilk. Był zagubiony, a w jego głowie panował mętlik i strach. Nie słyszał głosów, w przeciwieństwie do mnie.
To byłeś ty, Sam?
Tak...Tylko,że ja nie słyszałem głosów, bo byłem pierwszy....Czekamy na Ciebie u Emily.
I go nie było. Poczułam się dziwnie samotna, ale pobiegłam w umówione miejsce. Bardzo pomógł mi wilczy węch, ale jednak nadal byłam zagubiona. To wszystko zwaliło się na mnie tak nagle...Jak grom z jasnego nieba. Nie chciałam tego, ale jednak nie miałam wyboru.
Po kilku minutach byłam już kilka metrów przed domem Emily i zgodnie z tym, co mówił Sam, znalazłam mój T-shirt i krótkie, dżinsowe szorty. Pewnie Mama dała je Emily....Wiedziała. Wiedziała i mi nie powiedziała! To o tym rozmawiała z Billym! Miałam jej to za złe, ale jednak sobie coś uświadomiłam. Może nie chciała mnie przedwcześnie martwić? Może nie mogła?
Wszystko to było takie cholernie poprzewracane. Nagle odchyliłam łeb do tyłu i skupiłam całą swoją uwagę, żeby stać się człowiekiem.
Po kilku sekundach klęczałam już na zimnej ziemi. Szybko się ubrałam i cała pełna obaw, poszłam bezszelestnie (co uznałam za "cechę wilkołaka") do domu Emily.
_____________________________________________________________________________________
Cześć! No więc, to pierwsza notka. Mam nadzieję, że się spodoba. Zapraszam na mój drugi blog : link . Komentujcie i piszcie, czy się podoba. :D
Buźka.