Wstałam wcześnie, za wcześnie. Otworzywszy powieki, od razu ogarnęło mnie światło, za jasne jak na moje biedne, opuchnięte oczy. Nie chciało mi się wstawać, bo od razu gdy podniosłam głowę, poczułam ostry ból. Jęknęłam cicho, łapiąc się za skronie, a do mojego pokoju wparowała mama.
- Boże, Słonko... - rzuciła się od razu do mnie z zimnym okładem. Skąd ona...? Jak...? Nie miałam siły zadawać pytań, nie miałam siły o nich myśleć. Jedyne, co przyjmował mój mózg, to to, że wszystko mnie niemiłosiernie bolało. I było mi tak... gorąco, duszno, parno.
- Mamuś, otwórz okno... - wyszeptałam ochryple, jakbym miała jakąś gulę w gardle. Przełknęłam ślinę, ale jednakże nic to nie dało. Zerknęłam na zegarek naprzeciwko mnie. Było już pięć po ósmej, dawno powinnam być w szkole. Cała się garnęłam, żeby wstać, ale mama mnie powstrzymała.
- Kochanie, nie idziesz do szkoły... - wyszeptała płaczliwie, jakby zaraz mi się miała tu rozkleić. Błagam, tylko nie to. Nienawidziłam widzieć, jak płacze. To było takie... takie straszne.
- Mamo, co mi jest? - byłam coraz bardziej zdezorientowana i zdenerwowana. No pięknie, dzisiaj miałam sprawdzian z chemii! I co? Pewnie Simons postawi mi jedynkę. Jak zawsze z resztą.
Mama pokręciła głową i pogłaskała mnie po głowie.
- Nic takiego, kotku. To niedługo się skończy. - nagle usłyszałam, jak drzwi wejściowe kilka razy się otwierają, jakby wchodziło kilka osób. Mama zerknęła na drzwi mojego pokoju. - Poczekaj chwilę i nie martw się. - to powiedziawszy, zostawiła mnie samą w łóżku i pobiegła na dół. Próbowałam coś usłyszeć, ale głosy z zewnątrz zagłuszało szalone bicie mojego serca.
Przymknęłam powieki, jakby myśląc, że nadal śnię i zaraz się wybudzę. Niestety, tak nie miało się stać.
Ostatnio chorowałam, gdy skończyłam 10 lat. Na ospę. Ale wtedy nie było aż tak cholernie źle jak teraz.
Dosłownie płonęłam. Głowa mi okropnie pękała. Chciałam stąd uciec, czułam się jakby przykuta do tego łóżka. Warknęłam cicho, lekko zirytowana i poddenerwowana. Łapiąc okład w dwie ręce, ostrożnie postawiłam nogi na dywanie. Okej, mogę wstać. Jakiś sukces. Przeszłam kilka kroków do drzwi. Okej, mogę chodzić. Jest całkiem dobrze.
Wyszłam z pokoju, aby dojść do schodów i zejść na dół. Ciekawość wzięła górę nad rozsądkiem i chciałam koniecznie sprawdzić, kto się u nas zjawił. Ostatnio rzadko mieliśmy gości.
Zeszłam ostrożnie w piżamie po schodach i ujrzałam siedzącą na kanapię mamę, która rozmawiała z... z Billym Blackiem. Nie znałam go zbyt dobrze, ale mama mi mówiła, że był to dobry kolega taty. Sama rzadko też z nim rozmawiała.
- Mamo? - wychrypiałam.
- Córeczko, miałaś nie schodzić. - mama do mnie podbiegła, kończąc brutalnie przyciszoną rozmowę z Billym.
- Lepiej mi. - wyszeptałam.
- Ale lepiej by było, gdybyś została na górze. - obstawiała przy swoim.
Strasznie mnie zdenerwowała. Warknęłam przeciągle i odtrąciłam jej ręce. Poczułam, jak cała się gotuję, wręcz parzę. Po moim kręgosłupie przelał się dreszcz, coraz nachalniejszy. Zaczęły trzęść mi się dłonie.
- Boże, Billy! Cass! - mama spanikowała. Odsunęła się ode mnie i podeszła do kanapy.
Zaraz miałam wybuchnąć gniewem. Ale żeby własna matka się mnie tak bała?!
- Mamo! - szepnęłam, bojąc się. Co ze mną było?!
- Wyjdż na dwór! - nakazał mi opanowany Billy.
No nie, żeby jakiś stary dziad mi mówił, co mam robić?!
Ale wybiegłam. Wybiegłam z domu i rzuciłam się biegiem w las. Wszystko mi wirowało przed oczami, wszystko się rozmazywało, jakbym biegła ponad 100 km/h. Nagle przypomniałam sobie wzrok mamy i coś we mnie pękło. Znowu zaczęły trzęść mi się dłonie, a po kręgosłupie przeszedł gorący dreszcz. I nim się zorientowałam, stało się coś dziwnego.
Biegłam teraz szybciej, znacznie szybciej. Ale nie byłam w swoim ciele. Spojrzałam w dół i mnie zamurowało. Czy to były... wilcze łapy?!
Bałam się, tak się bałam i najgorsze - nie miałam pojęcia, czym się stałam.
Cassie? Cassie, nie bój się...
Co?! I jeszcze do tego słyszałam głosy?! No pięknie, zwariowałam.
Nagle usłyszałam cichutki śmiech w głębi swojej głowy.
Nie zwariowałaś, to jest pewnie. Nie bój się, Cassie. To ja, Sam Uley. Pamiętasz mnie?
No, pamiętam. Ale czemu jesteś w mojej głowie?!
No nie, sama nie wierzyłam, że z nim gadam. Czy to jakaś telepatia?!
Jesteś wilkołakiem, Cass. Pamiętasz nasze legendy? Te, które Harry opowiadał ci na dobranoc?
Były to bolesne wspomnienia, ale dokładnie pamiętałam tamte wieczory, co do słowa.
Wilkołaki? Coś sobie przypominam...kiedy w pobliżu znajdowali się Zimni Ludzie, członkowie plemienia Quilette zamieniali się w ogromne basiory. To ta legenda?
Dokładnie ta. Jesteś bardzo spostrzegawcza. Rozumiesz teraz, co się z tobą dzieje?
Powoli wszystko nabierało sensu. Tata też był wilkołakiem. Należał do plemienia Quilette. Więc ja, jako jego jedyna córka, też musiałam kiedyś nim zostać.
Czyli jestem wilkołakiem tak?
Tak, dokładnie. Nie jesteś jedyna, nie bój się. Jest nas 10-cioro. Wiesz, gdzie mieszka Emily, prawda?
Pewnie, wiem. Jeszcze nie zapomniałam jak mi robiła pyszne muffinki.
Sam się zaśmiał.
Czekamy tam na ciebie. Potrafisz się przemienić?
I wtedy spanikowałam. A co, jak nie? Czy na zawsze zostanę w ciele białego jak śnieg wilka? Zaczęłam nierówno oddychać i zaryłam pazurami w ziemi, aby się zatrzymać.
Dasz radę, jesteś dzielna. Musisz tylko pomyśleć o tym, że chcesz się przemienić w człowieka. Czasem się wprawisz, to jest jak jeżdżenie na rowerze. A tak w ogóle...Emily zostawiła rzeczy dla ciebie kilka metrów w głąb lasu od jej domu. Jak do nas przyjdziesz, dostaniesz rzemyk.
Ubrania? Rzemyk?
W czasie, gdy się przemieniasz, rozrywasz wszystko to, co masz na sobie, na strzępki.
Okej, to ja biegnę do Emily.
Czekamy na Ciebie. I pamiętaj - nie jesteś sama. Wszyscy przez to przeszliśmy i wszyscy byliśmy zdezorientowani tak samo, jak ty.
Nagle przed oczami stanął mi czarny jak smoła wilk. Był zagubiony, a w jego głowie panował mętlik i strach. Nie słyszał głosów, w przeciwieństwie do mnie.
To byłeś ty, Sam?
Tak...Tylko,że ja nie słyszałem głosów, bo byłem pierwszy....Czekamy na Ciebie u Emily.
I go nie było. Poczułam się dziwnie samotna, ale pobiegłam w umówione miejsce. Bardzo pomógł mi wilczy węch, ale jednak nadal byłam zagubiona. To wszystko zwaliło się na mnie tak nagle...Jak grom z jasnego nieba. Nie chciałam tego, ale jednak nie miałam wyboru.
Po kilku minutach byłam już kilka metrów przed domem Emily i zgodnie z tym, co mówił Sam, znalazłam mój T-shirt i krótkie, dżinsowe szorty. Pewnie Mama dała je Emily....Wiedziała. Wiedziała i mi nie powiedziała! To o tym rozmawiała z Billym! Miałam jej to za złe, ale jednak sobie coś uświadomiłam. Może nie chciała mnie przedwcześnie martwić? Może nie mogła?
Wszystko to było takie cholernie poprzewracane. Nagle odchyliłam łeb do tyłu i skupiłam całą swoją uwagę, żeby stać się człowiekiem.
Po kilku sekundach klęczałam już na zimnej ziemi. Szybko się ubrałam i cała pełna obaw, poszłam bezszelestnie (co uznałam za "cechę wilkołaka") do domu Emily.
_____________________________________________________________________________________
Cześć! No więc, to pierwsza notka. Mam nadzieję, że się spodoba. Zapraszam na mój drugi blog : link . Komentujcie i piszcie, czy się podoba. :D
Buźka.
Świetne:))
OdpowiedzUsuń